Woblery prosto z Bytowa

Ludzie, Woblery prosto Bytowa - zdjęcie, fotografia
KurierBytowski.pl 18/07/2019 11:11

Przynęty wychodzące spod ich rąk wyglądają jak żywe. Mają też wzięcie, bo trafiają m.in. do Australii czy Irlandii. W Polsce takich rękodzielników pracuje ledwie garstka.

- Te przynęty nie dość, że wyglądają bardzo realistycznie, jak prawdziwe ryby, to ich największą zaletą jest skuteczność. Można dzięki nim wyciągnąć z wody niezłe drapieżniki - takie zdanie podziela wielu bytowskich wędkarzy. To dlatego wybieramy się do jedynych w okolicy wytwarzających woblery. W garażu i niewielkiej piwnicy jednego z domów w Bytowie Daniela i Radosław Cyrsonowie zajmują się wędkarskim rękodziełem. To firma Kaszub-Bait.pl.

PASJA OD DZIECIŃSTWA

R. Cyrson wychował się i większość życia spędził w Osiekach (gm. Borzytuchom). To właśnie na okolicznych jeziorach uczył się tajników wędkarstwa. - Na pierwsze wyprawy do Niedarzyna na stawy pana Henia w wieku 7 lat zabierał mnie mój tata. Zaczynałem od spławika i kija z leszczyny. Łowiłem przede wszystkim karasie. Już wtedy adrenalina skakała przy holowaniu ryby do brzegu. Więc nie dziwi, że wciągnęło mnie właśnie takie spędzanie wolnego czasu - opowiada 28-latek. W gimnazjum uczęszczał do szkółki wędkarskiej, którą bytowskie PZW prowadziło w borzytuchomskiej szkole. Przy okazji zdał też na kartę wędkarską, którą ufundował im dyrektor. - Wtedy opłaciłem też wody PZW. Dla młodych był to koszt tylko 60 zł rocznie. Zacząłem jeździć moim Simsonem bądź rowerem na jeziora Okoniewskie i Krosnowskie. Mój wujek Andrzej zabierał mnie też do Osławy Dąbrowy. To on nauczył mnie łowić na spinning. Pamiętam jak dziś, gdy spytałem go, skąd będę wiedział, kiedy wziął mi szczupak. To dziś wydaje się głupie, ale w tamtym czasie, było to nie do wyobrażenia. Odpowiedział, że jeśli poczuje, jakby ktoś chciał wyrwać mi wędkę z rąk, to będzie właśnie ten moment. W wakacje niemal codziennie wybieraliśmy się z samego rana nad to jezioro i obchodziliśmy je dookoła. To tam wyciągałem z wody pierwsze drapieżniki. Zdarzało się, że trafiały się nawet 4 podczas jednej wyprawy. To była niesamowita frajda - wspomina z uśmiechem R. Cyrson, dodając: - Do dziś to moja pasja. Tak najchętniej spędzam wolny czas.

Jego żona Daniela również zaczynała wcześnie. - Mieszkałam w Niemczech od urodzenia, a od 2 lat mieszkam w Polsce. Gdy przyjeżdżaliśmy tutaj na wakacje, to razem z tatą wędkowaliśmy. To on nauczył mnie podstaw. Siedem lat temu właśnie podczas pobytu tutaj poznałam Radka. Przy każdej okazji razem wybieraliśmy się na ryby. Sesję ślubną też zaplanowaliśmy w stylu wędkarskim. Na łodzi, z wędką. Wyszło pięknie - opowiada D. Cyrson.

POKOLENIOWA BRAĆ STRAŻACKA

Nazwisko Cyrson wielu osobom kojarzy się z odnoszącymi sukcesy w sporcie pożarniczym trójką braci strażaków. R. Cyrson jest jednym z nich. - Był 1999 r. Mój starszy brat uczył się w Szkole Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu. Na koniec nauki pojechaliśmy rodziną na jego promocję. Pamiętam, że najbardziej zafascynowały mnie akwaria z piraniami, które stały w holu. To dla 8-letniego chłopca była nie lada atrakcja. Brat oprowadził mnie. Cała ta strażacka otoczka była bardzo interesująca. Zresztą, gdy biegał w zawodach strażackich, też zawsze chodziłem kibicować. Później, jako 12-latek, wstąpiłem do Ochotniczej Straży Pożarnej w Niedarzynie. Ten cały świat stał mi się jeszcze bardziej bliski. Postanowiłem pójść śladami brata. Po kilku próbach udało się i rozpocząłem pracę w Komendzie Miejskiej PSP w Słupsku - mówi mężczyzna. Jak wspomina, pierwsze dni były zderzeniem z rzeczywistością. - Pojechaliśmy na akcję. Wypadek śmiertelny. 2 osoby. Jeszcze tej samej doby zostaliśmy wezwani do następnego wypadku, w którym zginęły kolejne 2. Tak bywa. To bardzo odpowiedzialna praca. Ratowanie jest na pierwszym miejscu. Czasami jednak nie można nic zrobić. Najważniejsze, aby robić to, jak najlepiej się da. I nie przynosić pracy do domu, bo człowiek by zwariował. Rodziny nie można tak obciążać. Praca strażaka to swego rodzaju powołanie i misja - mówi R. Cyrson. - Często się martwię, gdy ma służbę. Nie wiem, czy można się przyzwyczaić do tego, aby się po prostu nie martwić i traktować to, jak każdy inny zawód - dodaje małżonka.

NA ZNANYCH I NIEZNANYCH WODACH

Podczas wielu lat wędkowania nie brakowało przygód. Jedna z nich miała miejsce w Osławie Dąbrowie. - Pojechałem nad jezioro zapolować na drapieżniki. Miałem bardzo popularną przynętę, mansa 3, zwanego także kopytkiem. Zarzuciłem. Dwa obroty i poczułem, że coś siedzi. Z początku myślałem, że zahaczyłem o drzewo. Szarpałem wędką, bez rezultatu. Ciągnąłem ile sił, myśląc, że pewnie urwę to, co mam na żyłce. A wtedy pokazał się szczupak. Ja ruch, on odjazd. To była walka. Już miałem go prawie doholowane go do brzegu. Już chwytaliśmy go podbierakiem. Był blisko. Jednak w ostatniej chwili się zerwał. Widzieliśmy go. Był naprawdę duży. Myślę, że to mogła być moja ryba życia. Spojrzałem na wędkę, a tam wyprostowana agrafka na stalce. Szok, że tak walczył - opowiada 28-latek.

Inna przygoda miała miejsce, gdy młodzi ledwo wrócili z podróży poślubnej. Świeżo upieczony mąż wyjechał do Danii. - Można powiedzieć, że był to taki spóźniony wyjazd kawalerski - śmieje się małżeństwo. Przez tydzień poznawał duńskie wody. - Byłem po prostu ciekawy, czy ja nie potrafię łowić, czy w naszych zbiornikach jest po prostu problem z rybą. Dzięki koledze Darkowi, który tam mieszka i pracuje, mieliśmy nieco łatwiej, bo to on był naszym przewodnikiem. Wiedział, gdzie wykupić licencje na łowienie na jeziora państwowe w całym kraju i na jakie zbiorniki się udać - opowiada R. Cyrson. W czasie wypadu padły „życiówki”. - To było coś niesamowitego. Wypłynęliśmy na wodę. Minęło może z pół godziny i już mieliśmy brania. Pierwszy szczupak, którego wyciągnąłem, mierzył 96 cm. Więc już pobiłem swój rekord. Później złowiłem okazy o długości 101 i 108 cm. Do tego okoń mierzący 44 cm. Wypływaliśmy na cały dzień. Obiady nawet na łodzi jedliśmy, bo szkoda było czasu - wspomina mężczyzna.

OD HOBBY PO BIZNES, OD DREWNA DO ŻYWICY

Ale wędkowanie to nie tylko ich zainteresowanie. 5 lat temu spróbowali sami zrobić przynęty. - W internecie natrafiłem na te wędkarskie. Były inne. Robione ręcznie. Zainteresowałem się. Szukałem i czytałem bardzo dużo na ten temat. W końcu pomyślałem, a może sam sobie też coś wystrugam? - wspomina R. Cyrson. Od pomysłu do realizacji planu nie trwało długo. - Pierwsze rzeźby, co tu dużo ukrywać, były brzydkie. Bardzo ciężko szło. Na polskich i zagranicznych stronach szukałem informacji, co zrobić, aby przynęta w ogóle pływała. Jak je pomalować, aby farba nie schodziła. A tu wiele czynników trzeba wziąć pod uwagę. Jako tworzywo wybiera się drzewa liściaste, bo nie mają żywicy. Ja postawiłem na lipę, bo jest miękka. Bardzo dobrze się w niej struga, szczególnie te małe detale, jak łuski czy oczy - tłumaczy wędkarz. Wyroby testował sam. - Pierwszy wobler urwałem na drzewie. Myślałem, że się popłaczę. Tyle czasu pochłonęło jego wykonanie! - opowiada mężczyzna. Wtedy żona, która ukończyła w Niemczech szkołę chemiczną, podsunęła pewien pomysł. - Zastanawiałam się, jakiego tworzywa użyć. Trochę poczytaliśmy. Padło na żywicę - wyjaśnia D. Cyrson.

Teraz cały proces powstawania jest o wiele szybszy. W specjalnej silikonowej formie wcześniej umieszczają drewniany wobler, tzw. matkę. Stanowi wzór. Małżeństwo pokazuje nam, krok po kroku jak przebiega cały proces. W gotowej formie umieszczamy stelaż. Jego wyginaniem z drucików zajmuje się Daniela. - To chyba najgorszy element. Nie lubiłem tego robić, dlatego dziękuję żonie, że się za to wzięła - tłumaczy R. Cyrson. Ważne jest też dociążenie ciężarkami w odpowiednim miejscu. - Umieszczamy je na stelażu. W zależności od wielkości musimy je właściwie ułożyć. Czy bliżej głowy, czy też tułowia od tego zależy, jak będzie się zachowywać w wodzie - wyjaśnia D. Cyrson, pokazując gotowy stelaż. - Następnym krokiem jest zalanie formy gotową mieszanką żywicy - dodaje kobieta. - Ściągamy ją z zagranicznych stron. Ode mnie zależy, czy i ile dodam wypełniacza. Wtedy wobler zyskuje wyporność. Ważne jest też, by posiadał płetwy, wtedy lepiej pływa. Budowa brzucha też ma znaczenie. Od tego, czy zrobię zaokrąglony, czy też płaski, będzie zależało zachowanie wodzie - mówi D. Cyrson.

Żywica szybko zastyga w formie. Mija może 10 min. i wyciągamy woblera. Jest biały. Widać na nim wszystkie cechy zewnętrzne ryby: łuski, oczy, płetwy. R. Cyrson przechodzi do malowania. Używa m.in. aerografu. - Mam specjalne szablony. W zależności czy przygotowuje płoć, czy też pstrąga, wiem jak umieścić paski, kropki, czy jak po prostu cieniować ubarwienie. Samo malowanie oka ma kilka etapów. Staram się, aby ostateczny efekt był jak najbardziej zbliżony do prawdziwej ryby. Maluje pędzelkiem obwódkę. Później np. w przypadku płotki muszę wykonać złotą poświatę, a na końcu specjalną zaokrągloną sondą robię źrenicę. Musiałem zamontować wyciąg, bo zapach farby wodnej, którą maluje, unosił się w całym pomieszczeniu - opowiada R. Cyrson. Po malowaniu wobler pokrywa się specjalnym lakierem. Po jego wyschnięciu D. Cyrson ręcznie wykonuje podpis „Kaszub-Bait”, który pokrywa ostatnią warstwą lakieru. - Firmę Daniela otworzyła dopiero niedawno. Dostaliśmy dotację z Urzędu Pracy, co pozwoli na zakupienie lepszego sprzętu. Nazwa jest prosta, ale znacząca. Jesteśmy z Kaszub i chcemy, aby wędkarze kojarzyli nasze rękodzieło właśnie z naszym regionem. Bait to po prostu przynęta po angielsku - tłumaczy kobieta. Firmę założyli za namową znajomych wędkarzy. - Oczywiście pierwsze wyroby, oprócz tych testowanych przez nas, trafiały do kolegów wędkarzy. Bardzo cieszyło, gdy dostawaliśmy zdjęcie np. okonia mierzącego 46 cm, którego dzięki naszym wyrobom udało się złowić. To daje kopa do dalszej pracy. Znajomy spod Poznania też zajmuje się wyrobem przynęt, ale innych, gumowych. Gdy pokazałem mu nasze, namawiał nas, abyyśmy zaczęli je produkować dla większej liczby wędkarzy, bo takiego rzemiosła w Polsce jest bardzo niewiele - wyjaśnia małżeństwo. Ze swoim rękodziełem byli już na targach wędkarskich w Warszawie. - Włożyłem kilka do plecaka, tak na wszelki wypadek. Spotkaliśmy z Danielą znajomych, więc pokazałem im, co tworzyny. Nagle zrobił się wokół nas tłum. Ludzie licytowali się, który kto bierze. Pomyślałem wtedy, że faktycznie musi mieć to wzięcie i się podobać. Rozdaliśmy wtedy chyba wszystko – opowiadają z uśmiechem.

WOBLERY DO KANADY, A NA ŻYCZENIE GRZECHOTKA Z NEMO

- Staramy się, aby każda z naszych przynęt jak najbardziej przypominała żywą rybę. Dużo pochwał dostaliśmy m.in. za te imitujące pstrągi - mówi D. Cyrson. To, co powstaje u nich w pracowni, zależy od klienta. - Preferuję nieco mniejsze woblery, ale zdarzają się osoby, które chcą duże. I np. życzą sobie, aby były jak najbardziej wyraźne, o mocnych nasyconych kolorach, np. jaskrawo-zielonym, a do tego posypane brokatem. Nie ma problemu. Takie też damy radę wykonać - deklaruje D. Cyrson. Mimo że strona www.kaszub-bait.pl i ich funpage na Facebooku „Przynęty z Kaszub - Kaszub Bait” działa niedługo, mieli zamówienia m.in. z Australii, Anglii czy Kanady! - W naszych stronach nie za często łowi się bolenie, ale już w innych rejonach jak najbardziej. Wykonałem ukleje, bo na to najczęściej biorą. Ludzie na naszej stronie oszaleli. Otrzymaliśmy dużo pozytywnych komentarzy, że wyglądają jak prawdziwe. Wtedy też posypały się pierwsze większe zamówienia. Oprócz tego, że staram się, by wyroby były jak najbardziej realistyczne, to sprawdzam każdy wobler, jak zachowuje się w wodzie. Czy nie tonie, czy dobrze pracuje. Testy wykonuję na jeziorze Jeleń. Robimy zdjęcia i nagrywamy filmiki również pod wodą, aby klienci mogli zobaczyć, jak działają - opowiada mężczyzna.

Pojawiają się także wyjątkowe zamówienia. - Na Facebooku napisała do nas kobieta. Zauważyła, że jej mąż wędkarz często przegląda naszą stronę. Zbliżały się jego urodziny i chciała sprawić mu prezent. Wypytaliśmy, na co łowi i na co najczęściej jeździ. Okazało się, że często wyjeżdża do Norwegii na łososie i troć. Doradziliśmy. Wybraliśmy razem odpowiednie woblery. Wykonaliśmy i wysłaliśmy. Po jakimś czasie odezwał się do nas mąż, dziękując za przynęty i twierdząc, że żona trafiła z prezentem w 10 - mówi D. Cyrson. Z kolei do znajomych wybrali się z nietypowym prezentem. - Urodziło im się dziecko. My chcieliśmy być nieco oryginalni. Zrobiłem dużego woblera, którego wypełniłem w środku kuleczkami. Powstała grzechotka w kształcie ryby. Wzorując się na bohaterze kreskówki, Nemo, pomalowałem go na taki sam kolor. Maluch bardzo polubił nową zabawkę - opowiada R. Cyrson.

USPRAWNIAJĄ I ROZWIJAJĄ

- Staramy się, aby usprawnić cały proces. Dlatego mamy te silikonowe formy. Dzięki nim możemy jednocześnie zrobić więcej sztuk. Do tego specjalną tabelę, w której zapisujemy, do jakiego woblera dodać określoną ilość ołowiu. Do tego dochodziliśmy metodą prób i błędów. Szablony do malowania też sprawiają, że proces odbywa się szybciej. Nie ukrywamy, że łatwiej nam robić całą partię jednakowych przynęt i malować za jednym zamachem, bo nie trzeba czyścić przy każdej zmianie aeografu - tłumaczy 28-latek.

- Staramy się pogodzić wszystko. Dom, ogród, pracę. Do tego teraz firmę, którą wspólnie staramy się prowadzić. Chcielibyśmy wyremontować i powiększyć garaż i tam prowadzić produkcję przynęt. Na pewno to przyspieszy cały proces - mówi mężczyzna. - Wędkarstwo było pasją, a stało się sposobem na życie. To na pewno nas łączy. Obraliśmy jedną wspólną drogę - dodaje na zakończenie D. Cyrson.

Reklama

 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez kurierbytowski.com.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

„Kurier” s.c. z siedzibą w Bytów 77-100, Zielona 5

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"