Parówki i mortadela na równiku

Firmy, Parówki mortadela równiku - zdjęcie, fotografia
KurierBytowski.pl 08/09/2019 08:42

- Lepiej produkować mniej, a smacznie. To była dewiza mojego ojca. Teraz moja - mówi Łukasz Kożykowski, który w tym roku przejął rodzinną masarnię w Bytowie. Tak jak jego ojciec Marian robi wędliny, które od połowy lat 90. podbijają podniebienia nie tylko bytowiaków.

- Mój ojciec urodził się w Gołczewie. Dziadek był listonoszem i miał niewielkie gospodarstwo, dlatego na początku nic nie zapowiadało, że ojciec swoje życie zwiąże z masarstwem - opowiada Łukasz Kożykowski o założycielu bytowskiej masarni. - Wtedy każdy trzymał dla siebie jakieś świnie. Z opowieści wiem, że ojciec od młodego garnął się do zajęć przy świniobiciu. Miał do tego talent, dlatego gdy skończył szkołę podstawową i wybierał zawód, długo się nie zastanawiał. Postanowił zostać rzeźnikiem - opowiada. 15-letni Marian, jako uczeń szkoły zawodowej w Bytowie, rozpoczął praktykę w masarni przy ul. Przemysłowej należącej do Gminnej Spółdzielni w Bytowie. - Szybko poznał tajniki i jeszcze jako uczeń zaczął dorabiać, jeżdżąc po gospodarstwach, robiąc świniobicie. Wyrabiał też ludziom kiełbasy na wesela - opowiada Ł. Kożykowski. Po trzech latach nauki jako czeladnik rzeźnictwa i wędliniarstwa rozpoczął pracę w bytowskim GS-ie. - W 1985 r., gdy braliśmy ślub, mąż jeszcze tam pracował. Rok wcześniej zdobył tytuł mistrza. Był tak dobry, że ówczesny prezes GS-u Henryk Hajecki namawiał go, aby dalej się uczył i poszedł do technikum - wspomina Małgorzata Kożykowska. Swojego męża poznała, gdy pracowała na poczcie w Parchowie. - Można powiedzieć, że dzięki teściowi, który był u nas listonoszem - uśmiecha się M. Kożykowska.

Z końcem lat 80. spółdzielczość produkcyjna, podobnie jak cała gospodarka Polski, zaczęła podupadać. Wraz z przemianami ustrojowymi do głosu zaczęli dochodzić prywatni przedsiębiorcy. - Mąż zwolnił się z GS-u i rozpoczął pracę w jednej z pierwszych prywatnych masarni. Należała do Anastazego Rekowskiego. Kiedyś działała przy skrzyżowaniu ul. Przemysłowej z Ceynowy. Właścicielowi zależało na dobrym fachowcu, dlatego namówił ojca do zmiany pracy - opowiada M. Kożykowska. Jak grzyby po deszczu powstawały kolejne wytwórnie wędlin, a dobrych fachowców brakowało. Kilka lat później jako brygadzista M. Kożykowski rozpoczął pracę w nowo utworzonej masarni Inmark przy ul. Lęborskiej. Jej teren należy dziś do Druteksu. - W międzyczasie mąż dorabiał, wyjeżdżając do pracy w Niemczech. Tam również pracował w swoim zawodzie, w dużym zakładzie przetwórczym. Nauczył się nie tylko języka, ale również poznał nowoczesną technologię produkcji wędlin. Miał okazję podpatrzeć, jak działa firma na Zachodzie. Jego ojciec coraz częściej mawiał, że przy tak bogatym doświadczeniu czas pomyśleć o własnej działalności. Maż zaczął rozglądać się za jakimś lokalem. Okazało się, że do wynajęcia jest rzeźnia GS-u w Borzytuchomiu. Postanowił zaryzykować i otworzyć prywatkę. Znał swój zawód, ale brakowało pieniędzy na rozpoczęcie. Wspólnie z mężem weszliśmy w spółkę z panem Janem Sobolewskim. Byliśmy na tzw. kuroniówce, dlatego rozpoczynając działalność, mogliśmy wziąć dofinansowanie. To były niewielkie pieniądze, bo wystarczyły tylko na zakup kilku tuczników i jednego byka - opowiada M. Kożykowska.

Przepisy dotyczące produkcji żywności z roku na rok zaostrzano. - Szybko okazało się, że stare budynki rzeźni w Borzytuchomiu nie spełniają norm. Aby nadal prowadzić tam działalność, trzeba było wybudować m.in. oczyszczalnię. Ostatecznie wycofaliśmy się ze spółki w Borzytuchomiu, bo uznaliśmy, że inwestycje, które trzeba tam poczynić, są za drogie - mówi M. Kożykowska.

Małżeństwo zaczęło rozglądać się z jakąś nową działalnością. - Musieliśmy coś robić, aby zarobić na życie. Pomyśleliśmy o dzierżawie jakiegoś sklepu. W tym czasie ogłaszano dużo przetargów na różne lokale. Często w grę wchodziły spore pieniądze, dlatego nie było nas stać. Była zima 1996 r., gdy maż powiedział, że musimy zaryzykować i zbudować własną masarnię - mówi M. Kożykowska. Rozpoczęły się poszukiwania najlepszej lokalizacji. - Zależało nam, aby nieruchomość była blisko którejś z dróg wylotowych z Bytowa. Najpierw chcieliśmy kupić niewielką trójkątną parcelę przy skrzyżowaniu ul. Lęborskiej z Wybickiego. Potem pojechaliśmy obejrzeć miejsce przy ul. Miasteckiej. Lokalizacja była dobra, tylko działka położona na skarpie. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się na kupno. Na Wielkanoc podpisaliśmy umowę notarialną, a już w kwietniu ruszyła budowa naszej masarni - mówi M. Kożykowska.

26.11.1996 r. nastąpiło otwarcie masarni Kożykowski. Świeżo upieczony przedsiębiorca miał wtedy 35 lat. - Na uroczystość z przecięciem wstęgi zaprosiliśmy rodzinę, znajomych i wykonawców, którzy przygotowali teren i wybudowali obiekt. Wszystkie pomieszczenia wyświęcił ksiądz Bolesław Tyc - opowiada M. Kożykowska. Właściciele zakasali rękawy i z nową energią rozpoczęli produkcję wędlin. - W tym czasie w rejonie działało 8 podobnych masarni. Była więc konkurencja. Mąż chciał jakoś zdobyć rynek. Postanowił, że naszym głównym produktem będzie parówka i mortadela. W tamtych latach nie były jeszcze tak popularne. Mąż z pracy w Niemczech znał technologię. Tam też jeździł po specjalne przyprawy. Poznał nawet właściciela niemieckiej przetwórni zatrudniającej 12 tys. pracowników. Gdy weszły w życie jakieś nowe rozporządzenia, które wymusiły na nas zmianę przypraw, ten przyjechał osobiście do Bytowa, aby zrobić próbne kutrowanie i wprowadzić poprawki i zmiany w recepturze - mówi M. Kożykowska. Dlatego smaku naszej parówki wiedeńskiej nie udało się nikomu podrobić. Na początku lat 90. w sklepach sprzedawano głównie tradycyjne wędliny i wędzonki. - Ludzie spragnieni byli czegoś nowego. Pomysł ojca, aby robić parówki i mortadelę, okazał się strzałem w dziesiątkę. Szybko podbiły podniebienia nie tylko bytowiaków. Większość naszej produkcji trafiała do sklepów w Trójmieście. W Gdańsku doskonale znano bytowskie parówki - mówi Ł. Kożykowski. W tym czasie powstało też, rozpoznawane nie tylko przez bytowiaków, charakterystyczne logo firmy z dwiema parówkami.

Jednak początki były trudne. - Mąż sam robił wędliny, a później rozwoził je do hurtowni. Przez 3 lata nie miał żadnego kierowcy. Produkcja się rozwinęła, dlatego z czasem zaczęliśmy zatrudniać pracowników. Na początku było ich 5, aż doszliśmy do ok. 20. Mąż żył zakładem. Nie pamiętam, aby przez ponad 20 lat miał dzień wolnego. Codziennie pracował w masarni. Zajmował się wszystkim. Produkcją, sprzedażą i konserwacją maszyn. Gdy przerywano produkcję, pilnował, czy pracują agregaty chłodnicze w pomieszczeniach, gdzie znajdują się półtusze czy produkty. Nawet gdy siedział w domu, myślał o firmie - wspomina M. Kożykowska.

Szybko można było też dostrzec, że w ślady ojca pójdzie syn. - Po szkole rzucał tornister i biegł pomagać w masarni. Jeździł też z ojcem rozwozić towar. Córka wybrała inny kierunek, ale śmiejemy się, że też nosi biały fartuch, bo jest kosmetologiem - opowiada M. Kożykowska.

- Zawsze staraliśmy się odpowiadać na zapotrzebowanie. Klienci chcieli żywieckiej i jałowcowej. Potem ok. 2000 r. nastał boom na grillowanie. Zaczęliśmy robić naszą zwyczajną, a potem coś do ręki, czyli polską - mówi Ł. Kożykowski. Za pośrednictwem trójmiejskich hurtowni produkty od Kożykowskiego trafiały nawet do spiżarni dalekomorskich statków. - Można powiedzieć, że nasze kiełbasy jedzą na całym świecie. Kiedyś przyjechał do nas marynarz i powiedział, że w półrocznym rejsie jadł naszą mortadelę na równiku. Nasze produkty musiały smakować. Co jakiś czas w masarni pojawiają się ludzie, którzy kiedyś pływali i korzystając z okazji, że są w Bytowie, chcą kupić nasze wyroby - mówi Ł. Kożykowski.

Niestety, były też trudniejsze chwile. Niespełna 5 lat po otworzeniu zakładu, właścicieli spotkało nieszczęście. - Tuż przed Bożym Narodzeniem w zakładzie była wzmożona produkcja. W niedzielę wieczorem przyjechaliśmy do masarni, aby powiesić szynki. Gdy kolejnego dnia o 6.00 rano mąż jak zwykle do niej wrócił, okazało się, że nasz zakład jest wypalony. Ktoś wybił szyby w oknach i podpalił halę produkcyjną. Temperatura była tak wysoka, że stopiło wszystkie nasze maszyny. Prawdopodobnie komuś zależało, aby wstrzymać produkcję - opowiada Ł. Kożykowski. Właściciele się jednak nie poddali i po kilku miesiącach w masarni Kożykowski znów produkowano wędliny. Najgorsze dla tego typu działalności są skoki cen żywca. - Trudno coś skalkulować, jeżeli w ciągu tygodnia cena zmienia się kilka razy. Tym bardziej że z naszymi odbiorcami musimy podpisywać umowy na cały rok - mówi Ł. Kożykowski. W 2004 r. zakład musiał przejść kolejną modernizację. - Wraz z wejściem do Unii Europejskiej pojawiły się nowe wymagania i certyfikaty. Dla wielu zakładów okazały się nie do przejścia, dlatego w tym czasie padło wiele firm. Nam udało się dostosować - mówi Ł. Kożykowski

Dzięki temu od blisko ćwierć wieku produkty z masarni Kożykowski nie opuszczają półek sklepowych. Jednak 19.05.2018 r. miłośnicy kiełbas i wędzonek bytowskiego producenta zauważyli, że te nagle zniknęły ze sklepów. - Ojciec postanowił zamknąć zakład. Złożyło się na to kilka rzeczy. Przede wszystkim miał problemy ze zdrowiem. Po tylu latach ciężkiej pracy był zmęczony. Mówił: „Zamknę masarnię, odpocznę i później zobaczę co dalej”. To on szefował i podejmował decyzje. Zawsze był w tym stanowczy, dlatego nawet go nie przekonywaliśmy do zmiany - mówi Ł. Kożykowski.

Stali klienci nie mogli się pogodzić z zamknięciem firmy. - Ojciec prawie codziennie odbierał telefony z pytaniami: „Dlaczego?” „Kiedy masarnia ruszy?” Ojciec odpowiadał, że musi odpocząć - mówi Ł. Kożykowski.

Po dwóch miesiącach syn właściciela rozpoczął remont maszyn w masarni. - Od dziecka pomagałem ojcu. Wyuczyłem się na wędliniarza. Uświadomiłem sobie, że lubię swój zawód i tylko to potrafię. Zżyłem się też z tym zakładem. Aby nie siedzieć bezczynnie, postanowiłem zrobić przegląd naszej linii przetwórczej. Na początku nawet nie myślałem o wznowieniu działalności. Myśl o tym pojawiła się na jesień. Ojciec na początku przekonywał, że to zły pomysł, ale potem zgodził się, a nawet ucieszył, że zdecydowałem się przejąć pałeczkę. W listopadzie ub.r. zacząłem załatwiać formalności - mówi Ł. Kożykowski. W styczniu rodzinną masarnię zaczął prowadzić już na własny rachunek. - Pamiętam pierwszy dzień, gdy wznowiliśmy sprzedaż. Gdy otworzyliśmy bramy, od samego rana zaczęli pojawiać się nasi starzy klienci, tak jakby nie minęło pół roku, a jeden dzień. Pamiętam, że miałem dziwne wrażenie, jakby czas się zatrzymał - opowiada Ł. Kożykowski. Mimo obaw, że powrót na rynek będzie trudny, sprzedaż szybko odbudowywano. - To miłe uczucie, bo widać, że jesteśmy potrzebni. Wszystko obserwował mój ojciec. Cieszył się, bo jego firma narodziła się na nowo - opowiada Ł. Kożykowski. Niestety, w maju tego roku rodzinę dotknęła tragedia. Zmarł M. Kożykowski, ojciec rodziny i założyciel firmy.

Ale w masarni Kożykowski ciągle czuć zapach przypraw i naturalnego dymu. - Ojciec zawsze mówił, że nie liczy się ilość, tylko jakość produktu. Zamierzam przestrzegać tej zasady, dlatego kupujemy półtusze jedynie od tuczników pochodzących z niewielkich kaszubskich gospodarstw. Gwarantuje to najlepszą jakość surowca - mówi nowy szef masarni Kożykowski. Dziś załoga liczy kilkanaście osób. - Udało się namówić do powrotu część starych pracowników. Przyuczyliśmy też nowych. Mamy 30 wyrobów od parówek przez pasztety, salcesony po tradycyjne szynki i wędzonki. Zaopatrujemy też większość lokalnych restauracji. Jako mała przetwórnia jesteśmy w stanie dostosować się do ich potrzeb, przygotowując np. odpowiedniej grubości kawałki na kotlety schabowe - mówi Ł. Kożykowski, z optymizmem patrząc w przyszłość.

Reklama

Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Monter instalacji sanitarnych

Bora Wentylacje to zespół młodych, dobrze przygotowanych specjalistów z zakresu branży sanitarnej. Jesteśmy entuzjastami nowoczesnych, efektywnych..


WYKOŃCZENIA WNĘTRZ, PŁYTKI,

WYKOŃCZENIA WNĘTRZ- płytki, gładzie, remonty, Tel 508 610 753


REMONTY WYKOŃCZENIA ŁAZIENEK

Witam, oferuję terminowe i rzetelne usługi remontowe. Posiadam 20-letnie doświadczenie w remontach domów, mieszkań, a także pomieszczeń usługowych.


Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez kurierbytowski.com.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

„Kurier” s.c. z siedzibą w Bytów 77-100, Zielona 5

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"