O migrantach, również tych od nas

Ludzie, migrantach również - zdjęcie, fotografia
  • Fotka nr 0 z 1
KurierBytowski.pl 31/08/2019 07:59

Zbigniew Kullas pochodzi z Tuchomia. W latach 70. wyjechał z rodzicami do Niemiec. Zawodowo od lat zajmuje się problematyką integracji migrantów - na Uniwersytecie w Duisburgu, a potem w Bochum pracował przy projektach badawczych poświęconych tej tematyce. Obecnie w ramach rządowego programu pracuje z dziećmi migrantów w wieku przedszkolnym oraz prowadzi kursy językowe dla dorosłych. Właśnie tymi doświadczeniami dzieli się z nami w tej rozmowie.

„Kurier Bytowski”: Emigranci to jeden z gorętszych tematów ostatnich lat. Wzbudza emocje. Choć do Bytowa i okolicy też przyjeżdża do pracy wiele osób z zagranicy, to nie oni, ale głównie ci, którzy trafiają do Niemiec, Francji czy Szwecji, zaprzątają naszą wyobraźnię... Kraje zachodnie przedstawiane są u nas często jako przykład na negatywne skutki migracji, zatracenie się Europy...

Zbigniew Kullas: Osoby, które osobiście mają do czynienia z migrantami, spotykają się z nimi na co dzień, uczą, pracują razem, zazwyczaj wyrabiają sobie prawdziwszy obraz tych ludzi niż ci, którzy słuchają tylko tego, co o nich powiedzą media. W Polsce obraz migrantów przybywających do Niemiec pochodzi w dużej mierze właśnie z mediów. A w nich przedstawia się głównie negatywne strony.

To znaczy?

Wobec dzisiejszej migracji z Bliskiego Wschodu czy Afryki używa się tych samych negatywnych stereotypów, jak w latach 80. i 90. wobec tych, którzy przyjechali z Polski czy Rosji. Na przykład przed dwoma, trzema laty, kiedy ponad milion migrantów przybyło do Niemiec, w mediach znów mówiono wiele o kradzieżach. Tak samo było przed laty. Wtedy masowo instalowano specjalne bramki z czujnikami w drzwiach domów towarowych i sklepów. I to właśnie wtedy w mediach pojawiły się anegdoty o złodziejaszkach z Polski.

Z drugiej strony Niemcy się na tej emigracji wzbogacili. Migranci dostają od państwa pieniądze, ale je też wydaja, konsumpcja idzie w górę. Poza tym, zakładając, że w przyszłości połowa z przybyszów, a większość z nich to młodzi ludzie, pójdzie do pracy i będzie płacić podatki, to na dłuższą metę wszyscy w Niemczech na tym skorzystają. Już dzisiaj odczuwalny jest tutaj brak rąk do pracy, przede wszystkim wykwalifikowanych pracowników i to we wszystkich branżach. Szkoły szukają nauczycieli, a przedszkola przedszkolanek, w szpitalach brakuje nie tylko pielęgniarek, ale też lekarzy, szczególnie specjalistów, firmy komputerowe narzekają na brak programistów, a budowlane - murarzy. O tym, że nie ma chętnych do pracy w rolnictwie, gastronomii i hotelarstwie już nie wspomnę. W niektórych regionach migranci z Europy Wschodniej stanowią ponad 50% zatrudnionych. Niemieckie społeczeństwo jest coraz starsze, dlatego praca w domu seniora czy opieka osób starszych w domu to zawody z przyszłością.

Polityka migracyjna Niemiec jest dalekowzroczna. Już teraz wiele małych miast i gmin, szczególnie na północy kraju, stara się ściągnąć przybyszy do siebie. Zarabiają instytucje i ośrodki, oferując m.in. kursy językowe czy kształcenie, zarabiają też ludzie, którzy remontują stare domy i oferują mieszkania dla migrantów. Poza tym tak jak w latach 80. i 90. zapełniają się przedszkola i szkoły, a często nawet powstają nowe, bo rodziny migrantów są przeważnie wielodzietne. Migranci kupują też masę rzeczy, zarabia wiec miejscowy handel.

Chyba nie chce pan powiedzieć, że integracja migrantów przebiega bezproblemowo? Część Niemców ją krytykuje.

Nie, nie chcę tak powiedzieć, twierdzę nawet, ze niemal połowa tutejszego społeczeństwa jest bardzo krytycznie do tego nastawiona, szczególnie we wschodnich landach, gdzie migrantów jest mało. Chcę tylko podkreślić, że jest to bardzo złożona problematyka i nie wolno rozpatrywać jej jednostronnie. Przede wszystkim różni są sami migranci i rożne są powody, dla których przyjeżdżają.

Także postawy rodowitych Niemców wobec migrantów różnią się w zależności od miejsca zamieszkania i wykształcenia, a to często potęguje istniejące problemy. Ja sam przybyłem do Niemiec kiedyś z „zewnątrz”i na własnej skórze doświadczyłem, co to znaczy być innym, obcym. Wiem, ile czasu musi opłynąć, aby w nowym miejscu zostać z tą swoją innością zaakceptowanym. Pewnie dlatego też ok. 30 lat zajmuję się migrantami i związaną z nimi problematyką.

Krytycy integracji zwracają uwagę głównie na to, co dzieli, nadmuchiwane są różnice kulturowe, religia, podejście do kobiet, stosunek do pracy itd. Oczywiście z tymi wszystkimi sprawami mamy do czynienia, jednak najważniejsza jest kwestia socjalna, wyobcowanie. Obojętnie skąd migranci przychodzili, czy z Polski, czy z Rosji, czy Turcji, czy Wietnamu, problemy zaczynały się od tego, że najpierw spychano ich do bloków w dzielnicach, w których nikt nie chciał mieszkać. Tak powstawały getta. Kto tylko mógł, uciekał stamtąd. Pozostawały osoby mniej zaradne albo te, którym się nie poszczęściło w znalezieniu pracy, zdobyciu wykształcenia. Tak samo jest ze współczesnymi migrantami z krajów arabskich czy Afryki. Ci z nich, którzy są wykształceni, obrotni, radzą sobie nieźle. Ale trzeba też przyznać, że nie wszyscy przyjechali jako uchodźcy z terenów objętych wojną. Część to zwykli cwaniacy, podszywający się pod ofiary wojny i prześladowań. Gdy pracowałem z pewną grupą na kursach językowych, niektórzy zwracali mi uwagę, że ponad połowa nie pochodzi z Syrii czy Iraku, czyli terenów, gdzie toczy się wojna. Mówili, że arabski zna każdy z nich, ale prawdziwe pochodzenie zdradza akcent. Wielu mówiło z akcentem marokańskim, sporo pochodziło z Libanu, Algierii, Libii czy Egiptu, a przecież tacy nie powinni otrzymywać statusu uchodźców, bo nie przyjechali z terenów dotkniętych konfliktem.

Innym razem pracowałem z grupą z Erytrei (Afryka). Pytałem ich, gdzie po kursie chcieliby pracować. Oni na to, że wcale nie zamierzają się zatrudniać. Pytam, dlaczego. A oni, że przecież w Niemczech nie trzeba pracować, pieniądze dostaje się ot tak. Z takim przeświadczeniem przyjechali. Kiedy im tłumaczyłem, że wsparcie dostają tylko ci, którzy mają problemy, byli zdziwieni. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że np. część osób z krajów afrykańskich właśnie tak myśli o Europie, im nie chodzi o to, by u nas znaleźć pracę, zrobić karierę czy się integrować. Nieco inne doświadczenia mam z migrantami z krajów arabskich, a także z Turkami albo Kurdami. Oni, choć dostają tzw. socjal, starają się jeszcze gdzieś zarobić, zwłaszcza w handlu czy gastronomii, a ich kobiety dorabiają, sprzątając.

Wspomniał pan też o stosunku Niemców do imigrantów...

Ten też jest różny. W społeczeństwie niemieckim jednym z problemów jest to, że od imigrantów oczekuje się asymilacji. Ludzie mylą ją z integracją. Asymilacja jest całkowitym przejęciem przez przybywających języka, kultury, w tym wzorców, obyczajów, mentalności, często też religii. Podczas gdy integracja polega na tym, że nowe osoby, tzn. przybywające, wzbogacają kulturę i społeczność, do której przybyły. Tak było od zawsze. Wystarczy przyjrzeć się potrawom, ale też słowom, obyczajom. Wiele z nich przywieźli do nas imigranci. Tak jest od początku świata. Społeczności cały czas się kulturowo mieszają, często nie zdając sobie z tego sprawy. Jeszcze raz podkreślę - jest bardzo ważne, by nie mylić asymilacji z integracją. Niestety wielu oczekuje od tych, którzy przyjechali, że skoro chcesz u nas żyć, to powinieneś mówić tylko po niemiecku. Trudno im zaakceptować to, że migranci rozmawiają między sobą w ojczystym języku.

Ale z drugiej strony ważne jest przecież, by migranci władali językiem większości, oficjalnym, państwowym, uznawali miejscowe prawo, starali się zrozumieć obyczaje.

Tak, to podstawa, m.in. do integracji. Od ludzi nie wolno jednak wymagać, by zatracali tożsamość. W Polsce mało znana jest książka Emilii Smechowski „Wir Strebermigranten”, czyli po polsku „My, superimigranci”. Mówi w niej o migrantach, którzy chcą być bardziej niemieccy niż sami Niemcy. Opisuje losy własnej rodziny, która w latach 80. ubiegłego wieku wyemigrowała z Łodzi. Ona urodziła się w mniemaniu, że jest Niemką, tak ją w domu wychowano. To zresztą typowe. Dopiero po czasie odkryła swoje korzenie. To dotyczy wielu migrantów. Teraz też będzie dotykać tych współczesnych, np. z krajów arabskich. Im będzie się zabraniało używać języka rodzinnego, pielęgnować własną kulturę i dopiero od niemieckich rówieśników dowiedzą się, że są obcy. Bo przecież noszą inne imiona, mają ciemną karnację, ciemne włosy. To naznacza ich potem na dalsze lata. Warto też wspomnieć inną książkę o polskiej migracji, było nie było największej w Niemczech grupie migrantów.

A to nie Turcy czy Rosjanie?

Nie, najwięcej w Niemczech jest osób, które wyjechały z Polski, tzn. przesiedleńców, azylantów z okresu stanu wojennego i tych, którzy przyjechali za pracą po 1990 r. Ale to rzeczywiście nie przebija się do powszechnej świadomości, bo oni nie rzucają się w oczy. Trudno ich rozpoznać na ulicy, nie różnią się ani wyglądem, ani religią, ubiorem, karnacją itd. A wracając do wspomnianej przeze mnie książki, to nosi ona tytuł „Wir Unsichtbaren”, tzn. „ My Niewidoczni”. Mało kto wie, że np. Angelique Kerber, która w 2018 r. dla Niemiec wygrała Wimbledon, pochodzi z Polski i tam jest zameldowana, nie mówiąc o kanclerz Angeli Merkel, której dziadek, Ludwig Kazmierczak ma poznańskie korzenie. Pani kanclerz zarzucano, że za bardzo ciągnie ją do krajów na Wschód.

Dziś w Niemczech za wzór podaje się integrację/asymilację Wietnamczyków. Bywa, że są bardziej niemieccy niż rodowici Niemcy, jednak i tak widać, że są inni. Oni mają po dwa imiona, jedno oficjalne, np. Sofie, Dennis czy Lisa, a do tego drugie wietnamskie. Często dziwią się, gdy ktoś pyta, skąd pochodzą, przecież są „tutejsi”. Uważają, że skoro są już trzecim pokoleniem, potomkami tych, którzy przybyli po wojnie wietnamskiej, to chyba są już „normalnymi” Niemcami. Tym bardziej że integrują się na wszystkich polach, zawodowo, społecznie i kulturowo.

I jak są odbierani? Inaczej niż te mniejszości, które częściej starają się zachować coś swojego?

Jak wspomniałem, oficjalnie wskazywani są jako grupa, która się wzorowo zintegrowała. I że tak jak z nimi uda się z pozostałymi. Ale moim zdaniem z ta tzw. wzorowa integracja wcale taka nie jest. Np. w Norden, gdzie pracuję, znam tylko dwa małżeństwa mieszane, gdzie Niemiec ożenił się z Wietnamką. Co więcej, nie znam wersji ma na odwrót, tzn. Wietnamczyka, który wziął sobie za żonę Niemkę. Dlaczego? Oni nawet kiedy tyle robią, tyle się angażują, są przez Niemców traktowani jako inni. Podam przykład z przedszkola, kiedy jest spotkanie rodziców, to jedną grupę stanowią mamy rodowite, a po drugiej stronie stoją mamy wietnamskie i innych migrantów.

A do której grupy wchodzą mamy o korzeniach z Polski?

Polki ciągnie do rodowitych, ale nie są tam zbyt akceptowane. Same jednak nie chcą być utożsamiane z tymi o ciemnej karnacji, bo mają się za Niemki. To ciekawa sytuacja. Może z tego powodu powstają frustracje, że gdyby nie inni migranci, to ci z Polski byliby lepiej akceptowani? Ale przecież rzecz nie na tym polega. Asymilacja jest czymś negatywnym. Bo obcina korzenie, a to one sprawiają, że migranci wzbogacają kulturowo, językowo społeczność, do której przybyli. Rodzicom zawsze mówię, by uczyli dzieci nie tylko swojego języka, ale i kultury. Przecież oni, jadąc w odwiedziny do swoich, często traktowani są tam już jako Niemcy. I w gruncie rzeczy są niemieckością mocno przesiąknięci, czemu też trudno się dziwić. Integracja, choć z problemami i w różnym tempie postępuje, dotyczy przynajmniej części przybyszów. To było widać podczas futbolowych mistrzostw świata w Brazylii. Gdy grała drużyna niemiecka, w miastach widziano wiele osób o ciemnej karnacji z niemieckimi flagami. Wtedy wszyscy byli patriotami, wszyscy byli nasi. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że jeżeli my, społeczeństwo przyjmujące, będziemy na przybyszy patrzeć z góry i damy im do odczucia, że są w jakiś sposób gorsi, to się nigdy nie zintegrują do końca. Zamkną się w swoich kulturowych gettach i problemy będą narastać. Częste zamieszki w takich gettach w Paryżu czy Londynie powinny być dla nas ostrzeżeniem.

Reklama

 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez kurierbytowski.com.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

„Kurier” s.c. z siedzibą w Bytów 77-100, Zielona 5

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"