Jan jak Giovanni - część I

KurierBytowski.pl 25/10/2013 09:25

Nie miał jeszcze 17 lat, gdy z Upiłki został wcielony do niemieckiej armii. Trafił na okręt, który osłaniał transporty niemieckie na Morzu Śródziemnym. Jego jednostka została storpedowana przez aliantów. Był jednym z trzech członków załogi, którzy się uratowali. Gdy dostał skierowanie do obrony Berlina, zdezerterował. Tak trafił do włoskiej komunistycznej partyzantki, a później do 2 Korpusu Polskiego generała Władysława Andersa.

- Do dziś czuję uścisk jego dłoni, gdy wręczał mi medal. Kiedy część żołnierzy zamiast życia na uchodźstwie w Anglii wybrała powrót do komunistycznej Polski, ostrzegał, że będą na nas czekały szerokie tory. Jego słowa przypomnieliśmy sobie kilka tygodni później. Wysiadając ze statku w Gdańsku, zobaczyliśmy wagony szersze od tych, które znaliśmy - opowiada Jan Wróblewski z Brzeźna Szlacheckiego (gm. Lipnica).

- Nazywam się Jan Wróblewski, po włosku Giovanni - mówi jeszcze pełen wigoru i poczucia humoru 88-latek. Mimo swojego wieku silnym kopnięciem podaje piłkę do dzieci bawiących się na podwórku. Letnie dni najchętniej spędza na świeżym powietrzy w cieniu domu pod parasolem. - Lubię tu czytać. Teraz jednak mi na to oczy nie pozwalają. Czekam na zabieg. Może się uda i znowu będę mógł przeglądać gazety - mówi z uśmiechem na twarzy J. Wróblewski. Urodził się 19 czerwca 1925 r. Choć w chwili wybuchu wojny miał ledwie 14 lat, zdążył posmakować żołnierskiej służby. Przyznaje, że tylko wyjątkowe szczęście, które nie opuszczało go przez całe życie, sprawiło, że doczekał końca wojennej zawieruchy. - W domu w Upiłce było nas siedmioro. Gdy wybuchła wojna, skończyłem akurat szkołę. Rodzice byli na dzierżawie, czyli żyliśmy z małego kawałka ziemi, który obrabialiśmy. Ojciec dorabiał sobie przy różnych dorywczych pracach. Było biednie. Pamiętam, że mama przynosiła do domu skórki chleba, których nie zjadła będąc na służbie. Ja też chodziłem na służbę do gospodarzy. Najczęściej jako chłopiec pasałem krowy. Dostawałem za to dwie sztule chleba posmarowanego miodem. Kiedyś starsza gospodyni, która słabo widziała, posmarowała chleb miodem, w którym były martwe trutnie. Ale jak człowiek głodny, to na to nie patrzy - mówi J. Wróblewski. - W 1942 r. mój ojciec, jak wielu mieszkańców Kaszub, podpisał niemiecką listę. Dzięki temu można było uniknąć wywózki całej rodziny na roboty i innych represji. Były jednak złe strony. Synowie, gdy tylko skończyli 17 lat, automatycznie otrzymywali powołanie do wojska. W 1943 r. przyszła kolej na mnie. Urodziny miałem w czerwcu, a już w kwietniu dostałem informację, że mam się stawić w Chojnicach - opowiada J. Wróblewski.

Nastolatek z Upiłki, który wcześniej nie wyjeżdżał poza wieś, został wraz z innymi z tego rocznika zapakowany do pociągu i wywieziony do Belgii. Podróż w nieznane trwała dwa dni. - Gdy dojechaliśmy, trafiliśmy na swoją kompanię. Czekały tam na nas baraki, w których spaliśmy. Rozpoczęły się ćwiczenia i musztra. Codziennie musieliśmy przejść w pełnym rynsztunku 13 km. Było 8 kompanii. Tylko jedna składała się z samych Niemców, SS-manów. W naszej byli sami Polacy, Eingedeutschte. Ćwiczyliśmy też osobno. Wykłady odbywały się na trawniku. Prowadził je sierżant marynarki wojennej. Jak to młodzi chłopcy - więcej sobie sami dokuczaliśmy niż ktoś nas prześladował. Część, tak jak ja, nie znała ani słowa po niemiecku, tylko „rechts” i „links”. Z biegiem czasu jednak rozumieliśmy coraz więcej. Pamiętam, że dobrze nas karmiono. Nasz rocznik dostawał dodatkowo jeden koniec kiełbasy więcej. Cieszyłem się, bo miałem wtedy dobry apetyt. Koledzy nawet się ze mnie śmiali, że dużo jem - opowiada 88-latek z Brzeźna Szlacheckiego.

Z LEWYM BUTEM DO WŁOCH

- Trochę byłem jeszcze dzieckiem, do tego nigdy wcześniej nie wyjeżdżałem z domu, dlatego tęskniłem. Pocieszeniem było to, że kilka osób pochodziło z sąsiednich wsi, dlatego dobrze ich znałem. Pamiętam Bernarda z Prondzony oraz Bińczyka i Wirkusa z Borowego Młyna. Ten ostatni często oddawał mi część swojego przydziału - wspomina J. Wróblewski. Szkolenie szybko się skończyło. Po trzech miesiącach przyjechał z Włoch oficer, który z wybrał 300 osób, najzdrowszych i najwyższych. Wśród nich J. Wróblewskiego. Podróż na południe Włoch trwała tydzień. Mieszkaniec Brzeźna Szlacheckiego do dziś z uśmiechem na twarzy wspomina przygody, które spotkały go po drodze. - Jechaliśmy w wagonach, które nie były ogrzewane, a zbliżała się zima. Ktoś wpadł na pomysł, aby rozpalić w piecyku, który stał w rogu wagonu. Ogień szybko wymknął się spod kontroli. Wybuchł pożar. Wszyscy, czyli kilkudziesięciu chłopaków zbiło się w jednym końcu. Nie mieliśmy kontaktu z resztą składu. Ja stałem w drzwiach, trzymając się za jakiś uchwyt przygotowany, aby w każdej chwili wyskoczyć z pędzącego pociągu. Maszynista jednak zauważył kłęby dymu i zatrzymał cały skład. Dopiero wtedy udało się ugasić pożar - opowiada J. Wróblewski. Przeżyli też chwile grozy związane z lotniczym bombardowaniem transportu. - Alianckie samoloty nękały Niemców. Obrzucały bombami pociągi i niszczyły torowiska. Podróż trwała długo, bo często musieliśmy czekać na bocznicach. Gdy młody człowiek się nudzi, przychodzą mu do głowy różne pomysły, dlatego czasami rozrabialiśmy. Raz na tej samej bocznicy zobaczyliśmy transport towarowy. W wagonach były sterty włoskich butów, które jechały do Niemiec. W jednym męskie, w drugim damskie. W tamtych czasach to były cenne rzeczy. Każdy wziął po kilka par i uciekliśmy. Ja miałem siedem par męskich i damskich pantofli. Gdy obejrzałem je w naszym wagonie, okazało się, że wszystkie są lewe - śmieje się głośno 88-latek. - Innym razem, gdzieś we Francji, udało nam się otworzyć stojącą na bocznicy cysternę pełną wina. Upiliśmy się nim tak, że nie wiem, jak wszyscy wrócili do pociągu - wspomina. Szybko przyznaje, że to były nieliczne momenty, gdy zapominał o swoim domu gdzieś na Kaszubach. - Wcześniej gównie pasłem krowy gospodarzom w Upiłce. Nie wychylałem nosa poza naszą wieś. A wtedy wieziono mnie gdzieś po Europie. To była jesień 1943 r., ledwo skończyłem 17 lat, praktycznie byłem jeszcze dzieckiem. To były chwile przerażenia - przyznaje J. Wróblewski.

ZAOKRĘTOWANY NA ŚCIGACZU

Transport w końcu dotarł do celu. - Trafiliśmy do miasta portowego Genua. Tam nas, Polaków, rozdzielono. Na każdej jednostce był tylko jeden. Ja dostałem przydział na ścigacza o nazwie Vebram o numerze 1774. Już po kilku dniach narobiłem sobie kłopotów. Pewien Niemiec Tischendorf, jego nazwisko do dziś pamiętam, dał mi miotłę i kazał sprzątać. Kiedy mu ją oddałem, chciał mnie uderzyć. Zawsze byłem jednak sprytny i uniknąłem ciosu. Wyzwał mnie jednak od parszywych Polaków. Wtedy mnie poniosło i rzuciłem się na niego. Wpadł w otwarty właz i trochę się poturbował. Po całym zdarzeniu odebrano mi pas i zamknięto w karcerze na achterdeku [część rufowa statku red.]. Wypuścili mnie po 3 dniach - opowiada J. Wróblewski. Jego jednostka patrolowała włoskie wybrzeże. - Raz zostałem gdzieś wysłany i jednostka wypłynęła beze mnie. Gdy wróciłem, dowiedziałem się, że podczas sztormu okręt został zepchnięty na przybrzeżne skały. Cała załoga: 30 marynarzy i trzech oficerów utonęło. Później pełniłem wartę przy ich ciałach, gdy leżeli przy nabrzeżu przykryci białymi prześcieradłami. Wiatr je zwiewał. Pamiętam, że się wtedy bardzo bałem, bo nigdy wcześniej nie widziałem tylu martwych naraz - opowiada J. Wróblewski. Szczęście uśmiechnęło się do niego po raz pierwszy, ale nie ostatni.

OSTATNI TRANSPORT

Młody marynarz dostał przydział na transportowca. - To była trochę większa jednostka zaopatrzeniowa. Przewoziliśmy amunicję, konie, wozy, do Sante Specia i Beanbinio, gdzie w okrążeniu siedziała niemiecka piechota. Mieli do nich dostęp tylko od strony morza - mówi J. Wróblewski. Był luty 1944 r., kiedy wyruszył, jak się później okazało, w ostatni rejs tym statkiem. - Niemieckie konwoje coraz częściej atakowali alianci. Dlatego pływaliśmy tylko nocą. Pewnego razu niebo nagle się rozświetliło. Konwój siedmiu niemieckich okrętów transportowych z powietrza i wody zaatakowali Anglicy. Statek, na którym płynąłem, był uzbrojony w niewielkie działa przeciwlotnicze. Wszędzie było słychać strzały i wybuchy. Panowało zamieszanie. W takich chwilach człowiek ma mętlik w głowie i robi wszystko, żeby się uratować. Strzelano do nas ze wszystkich stron. Od błysków i rac zrobiło się jasno jak w dzień. W pewnym momencie statkiem zatrzęsło. Usłyszałem wybuch. Dostaliśmy torpedą wystrzeloną z łodzi podwodnej. Pokład szybko zaczął się przechylać. Uświadomiłem sobie, że idziemy na dno. Wszyscy zaczęli wyskakiwać do wody. Zrobiłem to samo. Do dziś pamiętam ten smak słonej wody w ustach. Wokół toczyła się walka, świstały pociski, latały samoloty, dlatego na początku nie czułem tak bardzo chłodu lodowatej wody. Po chwili jakoś dostałem się do szalupy, w której siedzieli jakiś marynarz i oficer. Łódź była częściowo wypełniona wodą. Z czasem odgłosy walki ucichły. Gdy się rozwidniło, płynęliśmy sami na otwartym morzu. Pamiętam, że zaczął prószyć śnieg, a mi było coraz zimniej. Gdy po kilkunastu godzinach nas wyłowili nie mogłem ruszać nogami i rękoma - wspomina J. Wróblewski. Gdy trafił do szpitala wojskowego, nieuchronnie zbliżała się niemiecka klęska. To nie był jednak koniec tułaczki mieszkańca Brzeźna Szlacheckiego.

 

Reklama

Jan jak Giovanni - część I komentarze opinie

Dodajesz jako: |
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez kurierbytowski.com.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

„Kurier” s.c. z siedzibą w Bytów 77-100, Zielona 5

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"